Wprowadzenie do modlitwy na X Niedzielę zwykłą, 7 czerwca
Tekst: Mk 3, 20 – 35
Prośba: o łaskę żywej wiary.
1. Dzisiejsza historia dzieje się tuż po tym, jak Jezus wybrał spośród uczniów dwunastu Apostołów. Początek tego tekstu pokazuje, co musi znieść uczeń Chrystusa. Po pierwsze zbiera się tłum, tak że nawet posilić się nie mogli. Uczeń Chrystusa traci swoją prywatność, ma stać się jak chleb, z którego każdy może ułamać kawałek. Po drugie – bliscy uważają, że odszedł od zmysłów i chcą go powstrzymać. Trudno bowiem zrozumieć szaleństwo krzyża, trudno zrozumieć i przyjąć inną logikę niż tę, którą prezentuje świat. Po trzecie, elity uważają go za opętanego, a więc kogoś, przed kim trzeba się chronić, jest niebezpieczny. W tej modlitwie może nie ma co patrzeć na to, czy chrześcijan spotyka to samo. Popatrz na siebie i swoje serce. Czy jest w Tobie pragnienie wyjścia ku innym, nie patrząc na czas czy inne koszty i wysiłek, jaki trzeba w to włożyć? Czy podobnie jak bliscy Jezusa, nie ma w Tobie myśli, że z tą pobożnością to nie można przesadzić, że potrzeba mieć do wiary dystans? A może jak elity uważasz gdzieś w głębi, że większe zaangażowanie w relację z Bogiem może być niebezpieczne?
2. Jezus w dalszej mowie odnosi się tylko do tej trzeciej kwestii. Pokazuje, że dobro nie ma nic wspólnego ze złem i nie da się ich pomieszać, oraz że zło nigdy nie może wystąpić przeciwko sobie. Warto w tym momencie pomyśleć o tych sytuacjach, w których może podejrzewałeś Boga o to, że dając Ci jakieś dobro, czyha na Ciebie by zabrać Ci coś innego? Czy nie kryje się gdzieś w sercu podejrzliwość, że Bóg – owszem, jest dobry, ale…? Może masz swoje dokończenie tego zdania? Jezus próbuje dziś pokazać, że to jest niemożliwe. Pomyśl o tym przez chwilę.
3. Ostatnia scena dzisiejszej ewangelii wydaje się co najmniej dziwna, kiedy to Jezus sytuuje się wobec swojej najbliższej rodziny. Czy ją odrzuca? Nie. Pokazuje jednak inny jej wymiar. To okazja do tego, by zadać sobie znów pytanie, czy jestem krewnym Jezusa. Jak blisko Niego siedzę? Ta bliskość rodzi się wtedy, gdy jestem z Nim w Jego niewygodach (gdy nie ma czasu na posiłek, gdy wytykają Go palcami jak obłąkanego albo opętanego), oraz gdy w mojej wierze nie ma dwuznaczności i podejrzliwości względem Niego. A w końcu – gdy nie tylko słucham Jego słowa, ale gdy je wypełniam.